sobota, 8 marca 2014

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, czyli zestawienia rozrastającej się kosmetyczki

Od pewnego czasu sukcesywnie powiększam swoją kosmetyczkę, z tego powodu wpadłam na pomysł zestawień jej stanu co jakiś czas. Jeśli pomysł Wam się podoba zapraszam również do zabawy.

Na dzień dzisiejszy wygląda ona tak:


Obrałam metodę dokupowania, czyli przeznaczania pewnej sumy co miesiąc na nowe zaopatrzenie. Jest to o tyle dobra metoda, ponieważ nie pozwala na zaginięcie w świecie kosmetyków oraz większą świadomość tego co tam na prawdę jest nam niezbędne. Zamiast od razu rzucać się na wszystko, podsycam swoją ciekawość, testuję pojedyncze produkty różnych firm, w przysłowiowym praniu wychodzi czego potrzebuję. Oczywiście czasami pozwalam sobie na małe szaleństwa i tak niedawno zakupiłam czarne cienie w kremie dwóch firm, a do białego pudru w kompakcie dokompletowałam biały podkład. Podejście to zmusza także do eksperymentowania, a to już duży krok do kreatywności w makijażu.

W takim razie jak wyglądała moja kosmetyczka 'dawno temu, za górami i lasami'?


Tak, wiem, aż wstyd pokazywać wykończone cienie, ale przeżyły nie jeden upadek z większej wysokości.

Czemu pozostałam wierna?
Pędzlom, im głębiej w las, tym przeżywam coraz większe pędzlowe-love. Pędzli nigdy dość i zapewne kiedyś moja kolekcja, chociaż wystarczająca rozszerzy się.
Podkładowi Rimmel True Match 010 Light Porcelain, będącym zbawieniem dla mojej bladej cery.
Tuszowi Miss Sporty, tani, a moim zdaniem bardzo dobry.
Szmince Rimmel Lasting Finish nr 10, najpiękniejsza czerwień z jaką się spotkałam.

Bez czego obecnie nie wyobrażam sobie makijażu?
Biały puder, idealny do rozjaśnienia podkładu.
Puder ryżowy, będący zbawieniem dla mojej tłustej cery.
Sztuczne rzęsy, moja nowa miłość.
Cień od Inglot nr 344, do makijażu oczu, ale również niezastąpiony jako bronzer.

Z kosmetyczki znikły?
Eyelinery w płynie.

Coś zbędnego bez czego nie wyobrażam sobie otchłani kosmetycznego raju?
Sztuczne rzęsy do szczęścia nie są jakoś bardzo potrzebne, ale przeżywam nimi zachwyt.
Kosmetyki białe, czyli odbicie mojego ciągu do alabastrowej cery.

A jak jest u Was?

3 komentarze:

  1. Sporo :) Choć sama na mineralną kolekcję nie narzekam :D Ale powiem Ci, że ja od jakiegoś czasu działam wręcz odwrotnie - tj uszczuplam moją kosmetyczkę. Dawniej lubiłam otaczać się wieloma pomadkami, cieniami, kredkami... choć faktem jest, że wynikało to też z dążenia do odnalezienia tych idealnych - zwykle namiętnie poszukiwałam pomadki nude i czarnego cienia. Teraz można rzec, że już znalazłam, a i potrzeby inne. Lubiłam mieć dużo, potem więcej i ciągle, ciągle. Teraz stawiam na jakość. W dodatku kupuję rzadziej, ale za to od czasu do czasu pozwalam sobie na droższy zakup, spełniając zachcianki [próżność? :D] No i o wiele rzadziej się maluję, więc nie ma sensu otaczać się zapasami, bo potem i tak większość ląduje w koszu. A jak mam czegoś w nadmiarze to i staram się posyłać dalej, byle się nie zagracać i nie marnować kosmetyków. Ale ostatnie dwa miesiące zleciały na niemal całkowitej wymianie kolorówki.
    W chwili obecnej wciąż królują u mnie pędzle, tusze i wspomniane minerały. Reszta jest już tylko faktycznie niezbędna [ok, te trzy róże...]. No i kupuję nałogowo pielęgnację.

    OdpowiedzUsuń
  2. o kurde! ja nie mam nawet chyba 1/10 tego co masz Ty! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie kosmetyczka cały czas ewoluuje. Przeszłam już etap "kompletowania", teraz powoli staram się zaprowadzić ład - pozbyć się rzeczy, które nie trafiły w mój gust i zastąpić je tymi, których używam najczęściej. Początkowo byłam bardzo zadowolona z tej dużej paletki cieni, ale teraz zdecydowanie mi uwiera, bo mam wrażenie, że nigdy jej nie zużyję, a wiadomo - z kosmetykami do oczu nie ma co eksperymentować, jeśli chodzi o termin przydatności.
    Zazdroszczę Ci za to kolekcji pędzli, uważam, że to podstawa każdego zbioru :)

    OdpowiedzUsuń