środa, 29 stycznia 2014

Recenzja: Maska do włosów farbowanych Argan Kallos Cosmetic

Maskę do włosów kupiłam za radą ekspedientki z Hebe na Floriańskiej w Krakowie po dłuższej pogawędce na temat włosów i ich maltretowania przeze mnie. Do zakupu zachęciła mnie tym bardziej cena- 9,99 zł za litr, czyli na prawdę spore opakowanie! Dodatkowo zachęcił mnie napis 'Argan' sugerujący obecność olejku arganowego, który obecnie moje włosy wręcz uwielbiają...


Niestety na próżno szukać go w składzie produktu. Maska za to zawiera proteiny mleka.


Na tym zdjęciu przedstawiam obietnice producenta oraz zastosowanie. Na wieczku doklejona była karteczka w języku polskim sugerująca by stosować ją 2-3 razy w tygodniu, trzymając mieszankę na włosach ok 10-15 minut.


Samo opakowanie to plastikowy słój z zakrętką. Pomimo przebywania w łazience od miesiąca z etykietami (prócz tej doklejonej na wieczku) nic się nie dzieje. Opakowanie poręczne i ogromne.

Sama maska należy do tych które od razu się kocha lub nienawidzi przez zapach- wyrazisty, przywołujący na myśl coś mlecznego (podgrzane mleko). Mnie ten zapach zupełnie nie przeszkadza, ale wiem, że niektórym bardzo przeszkadza. Biała, dość gęsta, przyjemna w nanoszeniu na włosy, dość tłusta. Stosuję ją regularnie i niewiele mi z tego opakowania ubyło:



Gdy postanowiłam ją zakupić moje włosy były dłuższe, końcówki pamiętały trwałą ondulację, farbowanie, dekoloryzację, rozjaśnianie, tonerowanie i prostowanie (chyba wymieniłam wszystko)- postanowiłam je skrócić, tak więc niestety nie mogę dokładnie sprecyzować działania na tak zniszczone włosy. Oczywiście kilka pasm 'po przejściach' zostało, większość moich włosów znosi jednak tylko dwa inwazyjne procesy- rozjaśnianie i prostowanie przy temperaturze 150C.

Należy również wspomnieć o kosmetykach stosowanych równocześnie z nią, ponieważ na pewno były czynnikami wpływającymi na ogólny stan moich włosów: szampon i odżywka Issana Jedwab Rossman oraz Jedwab w płynie jako tymczasowe zabezpieczenie przy prostowaniu.

Teraz w końcu przejdę do sedna tego postu, czyli całej oceny maski. Przede wszystkim zapach maski utrzymuje się na włosach. Nie jest on wyczuwalny normalnie, ale podczas na przykład prostowania już tak. Sama konsystencja jest idealna do aplikacji na włosy. Jest niesamowicie delikatna i lekka, a jednocześnie gęsta i 'konkretna'. Bardzo, bardzo wydajna. Przy nakładaniu poplątane włosy same układają się w pasma a same one po miesięcznej kuracji  faktycznie są dużo miększe i milutkie w dotyku (zostały wygładzone, jakby ich porowatość uległa zmniejszeniu). Właściwie same się rozplątują- pozbyłam się całkowicie problemu przy rozczesywaniu, nie wyglądają na tak zniszczone jak faktycznie są po wypłukaniu tonera do turkusu- czyli można przypisać jej właściwości nadające połysku. Nie obciąża zupełnie włosów.

Dodatkowo kondycja włosów poddawanych ingerencji chemiczno-termicznej nie zmienia się na gorsze, subiektywnie następuje nawet poprawa. Odkąd korzystam z niej (przy jednoczesnym korzystaniu z tego samego szamponu i odzywki) zauważyłam słabsze wypłukiwanie koloru z włosa podczas mycia oraz utraty koloru przy prostowaniu. Przedtem każde prostowanie włosów równało się z ich delikatną zmianą koloru z pięknie nasyconego niebieskiego na zielono-niebieski.

A co z tymi kilkoma pasmami, które pamiętają czasy wojny? Na nich kolor wypłukuje się troszkę szybciej, ale jeśli chodzi o ich kondycję, to przestały wyraźnie odbiegać od włosów 'zdrowych'.

Podsumowując, za niecałe 10 zł zyskujemy wielki słój na prawdę dobrej maski do włosów farbowanych. Obecnie porównując ceny jakichkolwiek kosmetyków tego typu często tyle, albo nawet dwu krotność tej kwoty trzeba zapłacić za ok. 250 ml czyli cztery razy mniej. Dodatkowo dawno nie byłam aż tak zadowolona z kosmetyku tego typu. Myślę, że znalazłam coś wspaniałego za na prawdę śmieszną cenę. Zachęcona sukcesem, niedługo planuję nabyć szampon z tej samej serii za równie śmieszną cenę. Jej jedynym minusem będzie jedynie dostępność, prócz drogerii Hebe można jej szukać jedynie w sklepach z produktami dla fryzjerów, ponieważ jest to teoretycznie kosmetyk profesjonalny używany często w salonach.

--------


Próbuję u Beatki.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Recenzja: Fluid kryjący Pierre Rene Skin Balance nr 020

Gdy dowiedziałam się o nowym kolorze podkładu wprowadzanym przez markę Pierre Rene, wybyłam na poszukiwania go w drogeriach stacjonarnych. Z wojażu przybyłam wraz z małą odlewką do testów w domu. Dodatkowo pokusiłam się o zabranie najjaśniejszego podkładu Revlonu nr 110. Ale o tym może kiedy indziej.

Markę Pierre Rene cenię za jakość produktów oraz ich cenę- wystarczy wejść na ich stronę by przekonać się, że kosmetyki przez nich proponowane czasami występują w śmiesznie niskich cenach. Bardzo żałuję, iż tak trudno o dostępność ich produktów w Krakowie oraz tego, że gdy się je znajdzie przebitka cenowa jest spora.

Zdjęcie sklepowe:



Co obiecuje producent:

"Wodoodporny podkład kryjący. Maskuje wszelkie niedoskonałości cery. Perfekcyjnie dopasowuje się do struktury skóry przywracając jej blask i elastyczność. Unikalna formuła kosmetyku dobrze się wchłania i utrzymuje do 12H. Po aplikacji skóra staje się promienna i wygląda na młodszą."

Tajemnicą nie jest, że obecnie korzystam z podkładu Rimmel True Match 010 Light Porcelain. Jest to jedyny drogeryjnie dostępny podkład, który pomimo widocznych różowych tonów nie odcina mi się brzydkim beżem na szyi. Umiejętnie poprawiony pudrem wręcz się wtapia. Nie jest pozbawiony wad, ale to może temat na osobny post.

Już na pierwszy rzut oka Fluid 020 Champagne wydał mi się niesamowicie ciemny i ciepły w porównaniu z tym co znam. Początkowo wydawało mi się, iż może to być po prostu moje zboczenie, nie mniej jednak pokusiłam się o porównawcze zdjęcie w świetle dziennym:


Niestety produkt Pierre Rene w zestawieniu z moim aktualnym podkładem oraz Revlonem wypada bardzo ciepło i beżowo. Postanowiłam przeprowadzić niesamowicie innowacyjny test kartki i utlenienia na niej równocześnie z nakładaniem na twarz. Niestety, pomimo zapewnień odcień ten wcale nie jest chłodny! Można by stwierdzić, że jest wręcz ciemniejszy od utlenionego Revlonu.


Nie mniej jednak pokusiłam się o nałożenie go na twarz. Zrobiłam prosty test- na połowę buzi zaaplikowałam Rimmela, na drugą Pierre Rene.

To co mnie zaskoczyło, to to, iż w świetle dziennym na twarzy nie było między nimi wielkiej różnicy kolorystycznej. Fluid jakby się wtopił i przyjął barwę bardzo podobną do różowego Rimmela. Tak więc jest trochę prawdy w opisie producenta. Niestety tak kolorowo (albo właśnie kolorowo) nie było już poniżej linii żuchwy. Moja szyja jest wręcz jeszcze bledsza niż twarz i o ile z efektem odcięcia u Rimmela, który jest podkładem dużo słabiej kryjącym potrafię sobie poradzić, to PR020 tworzył paskudne beżowe smugi, dające efekt brudu i zbyt ciemnego, ciepłego podkładu. Czyli dopasowanie kolorystyczne wypada bardzo mizernie.

Nie da się ukryć, że fluid ten jest o wiele gęstszy, dobrze kryje (znów prawda), ale przy mojej naczyńkowej i mieszanej cerze zaczął być problematyczny. Prócz kremistej konsystencji posiada również taki zapach. Jakoś bardzo mi to nie przeszkadza, ale przyzwyczajona do Rimmela zaczęłam wybrzydzać. O ile ze strefą T radzi sobie świetnie (chociaż mam wrażenie, że zbyt wciskał mi się w pory), to w suchych miejscach, a szczególnie okolice ust brzydko podkreślał. Miałam wrażenie, że zamiast ujmować lat niestety powodował inny efekt. Jednym słowem jako jedyny kosmetyk dla mnie się nie nadaje. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że podkłady Pierre Rene mają jednak tendencję do delikatnego ciemnienia wraz z utlenieniem.

Oczywiście mogłabym pokusić się o kupno wymiarowego pojemniczka i zabawę w PR na strefę T, na resztę Rimmel- ale pytanie, czy jest sens? Raczej nie.

Podsumowując, odcień ten chłodnym wcale nie jest- i to moje największe rozczarowanie. Nie nadaje się dla osób o chłodnej karnacji. Jest jasny, ale ma bardzo dużo beżowych tonów. Dzięki gęstej konsystencji dobrze kryje, ale nie nadaje się dla osób o cerze suchej, ponieważ podkreśla przesuszenia. Wraz z utlenieniem ciemnieje nieznacznie i staje się jeszcze bardziej ciepły. Kusi ceną- 20,99 zł za 30 ml.

sobota, 25 stycznia 2014

Recenzja: Manhattan LIPS2LAST 2w1 Błyszczyk i Pomadka kolor 46T + Make-up 'Kot w różu'

Pomadkę Manhattan LIPS2LAST 2w1 Błyszczyk i Pomadka kolor 46T kupiłam w sklepie internetowym, za zawrotną cenę 4,19 zł.

Zdjęcie sklepowe vs. zdjęcie z zestawienia:

 

Już na pierwszy rzut oka widać, że kolor ze zdjęcia sklepowego, na którym przedstawia się bardziej fioletowo odbiega od zdjęcia rzeczywistego, gdzie już w opakowaniu pomadka wypada bardziej różowo. Cóż, tutaj trochę się rozczarowałam- ale przecież mogłam przeszukać internet za swatchami koloru, a nie kupować w ciemno.

Co obiecuje producent:
"Pomadka  bardzo długo utrzymuje się na ustach. Ma intensywny kolor , która działa jak farba - jest niebywale trwała, pozostaje na ustach przez cały dzień bez względu na to co robisz, który nabłyszcza usta i nadaje im piękny kolor po nałożeniu na szminkę. Odpowiedni efekt uzyskasz gdy nałożysz pomadkę, odczekasz chwilę aż wyschnie, następnie usta pokryj  błyszczykiem. Z drugiej strony znajduje się błyszczyk."

Przejdźmy teraz do moich odczuć. Zarówno pomadka jak i błyszczyk pachną bardzo przyjemnie. Kosmetyk kolorowy ma bardzo miłą konsystencję, zasychając chwilowo 'trochę się klei'. Błyszczyk ma również gęstą konsystencję, przypominającą odrobinę wazelinę. nałożony na wyschniętą pomadkę dodaje połysku matowej szmince.

Miałam doświadczenie z kilkoma 'utratrwałymi' szminkami i każde podejście do nich kończyło się powolnym 'zjadaniem' koloru, zmuszającym do poprawek. Pierwszym zaskoczeniem była próba papierosa- kosmetyk nałożony według rady producenta nie zostawił na filtrze ŻADNEGO śladu. Zaskoczenie. Miałam ją na ustach cały dzień, w tym czasie popijałam kawę, jadłam, oblizywałam w zapomnieniu usta. Kolor pozostał tak samo intensywny po 5h jak po nałożeniu, nigdzie się nie rozmazał, znikł jedynie delikatnie przy wewnętrznej granicy warg, ale w taki sposób, że ubytek ten zupełnie nie rzucał się w oczy. Niesamowite- oczywiście błyszczyk znika, ale pomadka zostaje przez cały dzień na ustach.

Ma minimalną tendencję do podkreślania suchych skórek na ustach, która uwidacznia się nie tyle przy aplikacji, a właśnie po kilku godzinnej eksploatacji (;

Tym razem zmobilizowałam się i zrobiłam kilka zdjęć: zaraz po nałożeniu, godzinę i około 2h po aplikacji.


Pomimo tego, że nie jest to kolor którego oczekiwałam, przypadł mi do gustu- intensywny, chłodny róż moim zdaniem świetnie współgra zarówno z jasną karnacją jak i kolorem włosów. Jest na tyle 'niewinny', że pozwoliłam sobie na mocniejsze podkreślenie oczu i w takim połączeniu mogłabym nazwać swój makijaż 'dziennym', co nie zawsze udaje się przy ciemniejszych kolorach szminek. Trwałość, którą jestem zaskoczona, na pewno przyczyni się do tego, iż po kosmetyk będę sięgać częściej- skoro nie muszę się obawiać jego migracji, to czemu nie? Niedługo pewnie pokusi mnie na poszukiwania innego koloru.

Jeszcze słowem dopowiedzenia, pomadka faktycznie jest jak farba- demakijaż 'na krem' jest dość mozolny i nie udaje się za pierwszym razem (tymczasowo brak u mnie płynów do demakijażu).

Co do makijażu, wykorzystałam w nim:
Podkład Rimmel True match 010 Light Porcelain
Biały puder Claire's
Błyszczyk i pomadka Manhattan Lips2Last kolor 46T
Baza pod cienie Gosh 001 MATT
Eyeliner żelowy czarny Maybelline
Płynny róż Manhattan
Bialy cień do oczu z recenzowanej wcześniej paletki
Kolektor 4w1 Wibo; róż i zieleń

piątek, 24 stycznia 2014

A na blogu już wkrótce...

Dotarły do mnie zamówione pędzelki z Sunshade Minels- zestaw 6cio oraz 9cio częściowy, będące uzupełnieniem mojej obecnie posiadanej kolekcji.


Wkrótce recenzja! Czy było warto je kupić? Jakie są moje odczucia w porównaniu z pędzlami z naturalnego włosia (bo takie posiadałam). Co do czego i wiele więcej- oczekujcie pełnego zestawienia wraz z wielką ilością zdjęć (;

A tak całkowitą prywatą:


Dotarły wczoraj i akurat spadł śnieg (;

sokzkaralucha organizuje: Slank.pl - konkurs: do zgarnięcia 2 roczne Karty Klubowe

Dla wszystkich zainteresowanych dietetyką lub poszukujących motywacji do zrzucenia kilku kilogramów organizuję konkurs na moim blogu dietetycznym w porozumieniu ze stroną Slank.pl.

Szczegóły na: annaubis.blogspot.com

czwartek, 23 stycznia 2014

Recenzja: Tusz do rzęst Rubens Ewelina Wnuk (z Nowego Kleparza w Krakowie)

Dzisiaj z kolejną recenzją- tym razem maskary zakupionej na stoisku z kosmetykami na Nowym Kleparzu w Krakowie za całe 6 zł.

Pamiętacie to zdjęcie?


Na nim przedstawiona jest maskara w opakowaniu. Producent obiecuje kolor identyczny jak naklejka na opakowaniu. Otwórzmy więc wieczko naszej 'puszki Pandory'.

Samo opakowanie tuszu jakoś nie powala, ale czegóż by się można było spodziewać.


Odkręcając je moim oczom ukazał się piękny, niebiański błękit. Bardziej znane marki mają w swoim asortymencie niebieskie tusze, są one jednak dużo ciemniejsze już na samym starcie, dając jedynie granatową poświatę.

Cudo. Niestety tylko na spiralce. Po naniesieniu na moje rzęsy (chociaż są naprawdę jasne!), kolor nie jest już tak olśniewający- bardziej przypomina granat. Dobre i to.
Po kilku godzinach noszenia nie ciemnieje już bardziej. Zaletą jest także to, że nie tworzy efektu pandy dzięki wodoodpornej formule. Niestety zamiast tego po porostu się wykrusza, pozostawiając moje rzęsy roznegliżowane.

Nie spodziewałam się cudów po tego typu kosmetyku, nie mniej jednak rozczarował mnie bardziej niż mógł. Tanie maskary często nie są złe, czasami mają fantastyczne kolory- moja znajoma złapała kiedyś fantastyczną zieleń i turkus za 3 zł za sztukę, sądziłam, że złapałam byka za rogi.

Znając mnie, zapewne spróbuję jakoś rozjaśnić wstępnie rzęsy, aby końcowo uzyskać właśnie taki kolor na rzęsach, więc nie spisuję go całkowicie na straty- chciałabym uzyskać efekt podobny do koloru włosów.

Ostatecznie, nie polecam- bo nie gwarantuje ani tej pięknej barwy, ani trwałości. 

środa, 22 stycznia 2014

Styczeń- nowa kolorówka

Wczoraj przybyła do mnie nowa paczuszka:


Ciekawi co zawierała w swoich otchłaniach? To lecimy:

1. Maybelline Color Tattoo 24 Cienie do powiek: fiolet i czerń 


2. Cevin Klein Cień Glimmer Bare Silk oraz Vinyl Black


3. Loreal Inffalible cień do powiek Eternal Black 014 oraz  Silver 015


4. NYC Pomadka w pisaku Wino Forever Mine Wine 499 oraz Manhattan Lips2Last 2w1 Błyszczyk i Pomadka nr 46T


5. Oraz ostatnie dwa- których jestem najbardziej ciekawa: Technic High Lights Rozświetlacz do twarzy i oczu oraz Manhattan Róż w płynie (który może mieć również zastosowanie do podbijania barwy ust)



Jeszcze pogląd na wszytko, czyli podsumowanie:


Jak widać, wszystko jeszcze w foliach, nie otwierane, dziewicze. Łączny koszt zakupów: niecałe 81 zł.

Będzie co recenzować- osobiście niesamowicie jestem ciekawa rozświetlacza oraz enigmatycznego różu. Następne w kolejce są produkty od CK, jestem ciekawa jak z trwałością i jakością- bo perfumy mnie powalają.

Tak więc, wyczekujcie! (;

wtorek, 21 stycznia 2014

Recenzja: Gosh baza pod cienie 001 MATT

Jak pisałam w poprzednim poście- moja powieka to przykład takiej, której posiadać nie chcecie. Tłusta, z mocnym załamaniem, w tej sprawie nie pomagają relatywnie głęboko osadzone oczy. Czego bym nie nałożyła na powiekę, to wszytko migrowało do załamania, tworząc nieestetyczne smugi już po chwili (czasami nie zdarzyłam wykończyć makijażu, a oczy już nadawały się do poprawki). Przez to długo omijałam ciemne cienie gdy nie miałam stałego dostępu do lusterka i kosmetyków, chociaż uwielbiam wyraziście podkreślone oczy.

Wybrałam się więc na poszukiwania bazy, która miała być rozwiązaniem wszystkich mych trosk. Na początku celowałam w dużo niższą półkę cenową, jednak gdy efekt tej bazy został mi zaprezentowany w Hebe na Floriańskiej, przełknęłam cenę 35,99 zł i nabyłam produkt.

Baza ta ma trochę inną formę niż standardowe produkty tego typu, ponieważ umieszczona jest w wykręcanymsztywcie, przypominając pomadkę do ust bądź tusz.



Można ją aplikować zarówno bezpośrednio smarując powiekę, jak i palcami. Osobiście polecam drugi sposób, ponieważ mało plastyczna, plastelinowata forma pod wpływem ciepła palców lepiej się rozprowadza i scala z powieką. W ten sposób jest również o wiele bardziej wydajna.

Na powiece prezentuje się jako biała, matowa warstwa, świetnie absorbująca pigment wybranego cienia i zatrzymująca go dokładnie w tym miejscu, w którym go nałożymy. Baza jest na tyle 'silna', że utrudnia blendowanie- tutaj pomaga opisana wcześniej technika nakładania produktu palcami. Dodatkowo można poruszyć miejsca rozcierania pudrem, bądź cieniem bazowym. Można by pomyśleć- wada produktu... nic bardziej mylnego! Dzięki swoim właściwością sama się nie rolluje i nie zbiera w załamaniu powieki oraz skutecznie blokuje taką tendencję jakiegokolwiek innego produktu. Nawet nałożony na nią po prostu płynny podkład nie tworzy 'pięknej krechy'.

Dzięki temu, nie musimy obawiać się o migrujący cień przez cały dzień, nawet podczas cieplejszego dnia czy nawału pracy. Podczas przysłowiowego 'przypudrowania noska' byłam za każdym razem niesamowicie zaskoczona, że czerń w załamaniu powieki prawie zupełnie się nie zbiera i makijaż trzyma fason od rana do wieczora, przez co nie muszę zupełnie obawiać się nieestetycznego efektu gdy zamykam oczy- spokojnie mogę przysypiać w tramwaju wracając z uczelni, mając świadomość, że wszytko wygląda tak jak ma wyglądać.

W tym miejscu miało być zestawienie ciemnego makijażu oka po kilku godzinach z bazą i bez niej- nie miałam jednak okazji wykonać 'nie wyjściowego' makijażu, któremu mogłabym w celach eksperymentalnych pozwalać się powoli rozmywać, niestety musicie mi uwierzyć na słowo.

Podsumowując, produkt do tanich nie należy- przynajmniej dla mnie wydatek 36 zł na bazę początkowo wydawał się wręcz szaleństwem, teraz nie żałuję jednak ani jednej wydanej złotówki! Baza ta jest moim  osobistym strzałem w dziesiątkę.

niedziela, 19 stycznia 2014

Recenzja: Paletka no-name AG167 z Allegro 120 cieni

Prócz wielu palet prezentowanych na Allegro, jedna moim zdaniem zasługuje na uwagę- jest nią enigmatyczna paleta no-name, czasami występująca pod skrótami AG167, którą z łatwością można odnaleźć wpisując frazę 'paleta cieni 120'.

Ceny palety wahają się w przedziale 31-50 zł. Swoją zakupiłam za 35 zł u allegrowicza skpel_2009_ 'MAXY', ponieważ opcja przesyłki była dla mnie najbardziej optymalna. Jednak- wszystkie one są tymi samymi paletami. Model ten ma swoją siostrę, typową 'nude' utrzymaną w ziemistych kolorach, moim osobistym zdaniem, nie jest ona już tak ciekawa.

Zdjęcia sprzedawcy oraz to co obiecuje:


- Wysokiej jakości zestaw 120 cieni do powiek ( matowych i błyszczących)
- Cienie są bardzo wydajne - wystarczy jedno pociągnięcie pędzelka by uzyskać intensywny kolor, który długo będzie utrzymywał się na powiece.
- Ilość cieni: 120 sztuk (matowe i błyszczące)
- Wymiary (pudełko zamknięte): 235mm x 145mm

Swoją przesyłkę otrzymałam w czarnym kartonowym opakowaniu, kryjącym plastikowe, pudełko okryte folią bąbelkową. Ono samo nie powala jakością, ale czegóż można się spodziewać po tak niskiej cenie? Paletka ma dwa 'skrzydełka', które są nakładane na siebie. podczas wykonania makijażu spokojnie można je rozłożyć w prezentowany sposób- niemożliwe jest jednak jej zamknięcie w takim ustawieniu. Po wszystkim należy wszytko ładnie ułożyć jak było. Pudełko jest jednak wygodne, przeżyło już ze mną kilka dłuższych podróży.

Teraz czas na zestawienie zdjęć z internetów w rzeczywistością:






Jak widać, jeden z cieni 'pokruszył mi się', gdy paletka przeżyła upadek z półki- niezbyt wielki problem, da się temu zaradzić. Miałam przypadkowy i zupełnie nie planowany test wytrzymałościowy.

Producent obiecuje 120 odcieni- i faktycznie, każdy kolor jest inny. Dostajemy dość bogatą 'startówkę', w której nie ma wciąż powtarzających się barw o zmiennym nasyceniu. Mamy pełen przekrój od kolorów ciepłych, po chłodne, intensywne jak i delikatne. To na co zwrócić warto uwagę, to to, iż w zestawie tym są zarówno cienie matowe jak i błyszczące. Niektóre są lekko perłowe (fiolety, błękity), inne to żywe iskry- czerń w prawym dolnym rogu oraz szarość tuż nad matową czernią w tym samym rzędzie. Dodatkowo dostajemy kilka 'panterek'.
Cienie są bardzo dobrze na pigmentowane- czerń jest czernią, nie trzeba w nieskończoność nakładać jej na powiekę. 

Posiadam bardzo marudną powiekę- tłustką, głęboko osadzoną, z mocnym załamaniem. Łatwo domyślić się, że moją wieczną zmorą jest zbieranie się i rollowanie. Na powiece bez bazy jasne kolory zachowywały się znośnie- niestety ciemniejsze zbierały się w załamaniach. Gdy zainwestowałam w porządną bazę z Gosha (recenzja wkrótce!)- problem zniknął. Ciemny make-up, po całym dniu jest prawie nie tknięty- jest to zasługa zarówno bazy, ale i jakości cieni.

Według mojej opinii, paletka ta jest naprawdę warta polecenia- głównie ze względu na stosunek cena vs. jakość. Może być świetnym zestawem dla początkujących, którzy zupełnie nie wiedzą jak za malowanie oczu się zabrać, w których kolorach dobrze się prezentują, a również zestawem bazowym dla bardziej zaawansowanych, z którym można zaszaleć, którego nie będzie szkoda eksploatować podczas eksperymentów. Uzupełnieniem kolekcji o kolory, których zapewne same byśmy nie kupiły. To produkt również dla skąpców- w przeliczeniu, cena jednego cienia to ok. 30 gr!

Podsumowując, jeśli szukasz czegoś niedrogiego, o przyzwoitej jakości- celuj w tą paletę. To świetny zestaw startowy lub uzupełnienie kolekcji. Nie będziesz żałować. 


Z moich znajomych trzy osoby zdecydowały się na jej nabycie.

piątek, 17 stycznia 2014

„Ambasadorki Pierre Rene i MIYO – III edycja”

Widziałam kilka propozycji innych dziewczyn startujących w konkursie- niektóre z propozycji są wyjściowe, inne zupełnie odjechane i alernatywne. Mam wrażenie, że w cieniu konkurencji wypadam bardzo licho- ale próbować można, nadzieja matą głupich.

Początkowo kusiło mnie stworzenie kompozycji ekstrawaganckiej, zakrawającej o makijaże gotyckie, ostatecznie zdecydowałam się na klasyczny, delikatny make-up z wyraźnym efektem odcięcia. Ponieważ jestem bladolicą, postawiłam na ideę- czerń na oku, biel na buzi. Znalazłam nawet monochromatyczne tło, tak by jedynym akcentem kolorystycznym były moje włosy.


Dlaczego próbuję sił? Bo uważam, że powinno się promować polskie marki. Sama zapewne nie znałabym jej, gdyby nie dziewczyna mieszkająca w mieście produkcji tych kosmetyków, czyli poczta pantoflowa. Kosmetyki z którymi miałam styczność mają świetną jakość, a ponad to można je złapać za wręcz śmieszną cenę. Szkoda, że w Krakowie tak trudno o pełen asortyment... chciałabym, aby gablota Pierre Rene/MIYO stała obok dobrze znanych marek. Ideałem by było, gdyby wchodząc do jakiejkolwiek drogerii mogłabym być pewna, że znajdę coś 'ich'. A tak, trzeba się na prawdę naszukać lub kupować z internetów.

Recenzja: MIYO mini drops Czerń

Przy okazji przyczajenia się na nowy kolor Fluidu kryjącego Pierre Rene 020 (recenzja wkrótce!), w moje łapki trafiły dwa lakiery firmy MIYO: czarny za 3,50 zł (aż żal nie brać), oraz piękny atramentowy brokat za 5,50 zł.


Na pierwszy ogień trafił lakier czarny- bo kocham czerń na paznokciach.
Opakowania obu lakierów bardzo mi się podobają, chociaż nie trudno zauważyć, że buteleczka niebieskiego wygląda schludniej i bardziej ekskluzywnie. Jestem zwolenniczką minimalizmu i pięknej prostoty. Oba są konkretne i porządne.


Pierwsze, co mnie uradowało, to pędzelki o idealnej grubości- niestety moje paznokcie są drobne i szerszymi trudniej mi operować. Czarny lakier nie jest ani za gęsty, ani zbyt rzadki- idealnie się prowadzi. To co mnie zaskoczyło- to właściwie idealne krycie już po jednej warstwie! Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, aby czarny lakier nie miał prześwitów- ostatecznie zawsze nakładałam obowiązkowo dwie warstwy. Wielki plus!

Schnie dobrze, po kilku minutach właściwie nie należy zupełnie się o niego martwić- kolejny plus. Pamiętam lakiery, które wymagały ode mnie stoickiego spokoju i oczekiwania, a później przy najgłupszej okazji nabierały tekstury od odbitej tkaniny, nawet kilka godzin po nałożeniu!

Ostateczny test trwałości- obecnie na paznokciach drugi dzień, bez żadnych ubytków. Pomyślnie przeszedł próbę ciepłej kąpieli, zmywania naczyń i szorowania wanny.

Podsumowując, kocham i nie oddam!

środa, 15 stycznia 2014

Odżywka do włosów... alternatywne zastosowania na przykładzie ISANA JEDWAB ROSSMAN

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam jak jeden kosmetyk, tutaj odzywka do włosów, może mieć kilka zastosowań. Można zadać sobie pytanie- po co się w to bawić?

A czemu nie? Eksperymenty to najfajnieszy sposób na rozwój. Poza tym, gdy postanawiamy wyprawić się w jakąś podróż z ograniczonym bagażem wtedy uniwersalność kosmetyków ma znaczenie.


Sama korzystam od dłuższego czasu z odzywki z rossmanowej marki własnej ISANA, polecam również szampon z tej serii.Opinii, iż kosmetyk ten jest dobry, a dodatkowo tani (ok. 6 zł cena regularna; częste promocje do 3,50 zł) nie trzeba zbytnio szukać. Warto pamiętać, że nie wszystkie odżywki/szampony z tej serii są dobre- tą warto jednak polecić.


Przejdźmy jednak do sedna postu, oto alternatywne zastosowania:

1. Golenie nóg- zamiast pianki. Słyszałyście o goleniu nóg na odżywce? Polecam, szczególnie jeśli ktoś ma problem z wiecznie przesuszającą się skórą oraz podrażnieniami. Odpowiednią ilość nakładamy na depilowane miejsce i wykonujemy tą czynność jak przy innych produktach. Jedyne o czym należy pamiętać, to to, że przez swoją konsystencję odżywka ma tendencję do zapychania typowych jednorazówek (trzeba je mocniej wypłukać).
2. Szampon do włosów- tak, odżywki posiadają zdolności myjące, a ta szczególnie dobrze sobie radzi z tą czynnością.
3. Najpopularniejsze: maska do włosów. Włosy z nałożoną odżywką osłaniamy ręcznikiem, czas przedłużamy do 30 min, ostatecznie suszymy suszarką. Splukujemy
4. Baza do laminowania żelatyną- proteinowanie.

A może znacie jeszcze jakieś inne zastosowania dla swoich odżywek?

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zakupowe łowy

Dzisiejszy dzień stanął pod znakiem zakupowego szaleństwa. Pobiegałam po kilku miejscach w Krakowie i przygarnęłam kilka 'drobiazgów':


1. Maska do włosów z olejkiem arganowym oraz proteinami mleka
2. Żelowy eyeliner Meybelline
3. Tusz do rzęs 'no name' kolor błękit (ciekawe, czy będzie pasował do koloru włosów?)
4. Plastikowe tipsy. Tak, wiem... żenada, ale...

nałogowo obgryzam paznokcie. Nawet trwałe akryle przetrwały ze mną dwa dni. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy wkrótce.

piątek, 10 stycznia 2014

Recenzja: Fioletowa szminka firmy Claire's

Od dłuższego czasu poszukiwałam szminki o w kolorze fioletu. Przez chwilę czułam wewnętrzną rozterkę, ponieważ znalazłam takową o kolorze prawie idealnym w Sephorze- kolor środkowy.


Dlaczego prawie idealny? Bo bardziej burgundowy niż fioletowy. Dodatkowo zaporą była cena kosmetyku- 45 zł.

Wtedy przez przypadek, w Claire'sie  zauważyłam prawdziwą fioletową szminkę. Cena 13,90 zł. Czemu by nie zaryzykować?

Zdjęcie sklepowe:
Zdjęcie rzeczywiste wybranego przeze mnie koloru:


Samo opakowanie prezentuje się bardzo ładnie, estetyczny minimalizm. Prostokątna forma, z przezroczystym 'wieczkiem' bardzo przypadła mi do gustu. Wygodnie trzyma się ją w ręce.

Szminka na skórze:


Tak, kolor zdecydowanie zniewalający- na próżno szukać podobnego w innych drogeriach, a nawet allegro, będącym źródłem wszelakich trudniej dostępnych produktów. Chłodny, czysty fiolet. Niestety, pomimo tego co mogło sugerować zarówno opakowanie jak i wygląd szminki, nie jest ona matowa. Nie jest może do końca perłowa, ale ma tłustą konsystencję, przypominającą bardziej pomadkę, niż szminkę którą miała być, przez co efekt na ustach jest jaśniejszy (cieplejszy) niż na skórze czy papierze. Aplikacja na usta jest mozolna, kosmetyk lubi prześwitywać, podkreślać pęknięcia na ustach. Wspomniana konsystencja nie pomaga w dokładnym obrysowaniu ust. Jest również niesamowicie mało trwała, właściwie po chwili widać braki, trochę spływa. Nie możliwe jest jej nałożenie na mokre usta, a tym samym szybko rozciera się w miejscu zetknięcia ust. 
Moja próba przedłużenia jej trwałości poprzez zastosowanie niewielkiej ilości korektora nie została zwieńczona sukcesem. Szminka dawała brzydki efekt.
Dodatkową rzeczą, która mnie osobiście bardzo przeszkadza to jej zapach- typowo sztuczny, kojarzący mi się z najtańszymi kosmetykami do ust i przynajmniej dla mnie jest to jej największa wada.

Jak prezentuje się na ustach?


Pomimo wszystko, gdy przebrnie się przez wszystkie przeszkody u mnie daje bardzo ładny efekt wizualny- ładnie współgra zarówno z kolorem włosów jak i odcieniem cery. Przynajmniej póki jest na ustach- niestety ciągłe poprawki obowiązkowe.

Czy kupiłabym ją jeszcze raz? Nie, ze względu na wszystkie wymienione właściwości, a szczególnie zapach i trwałość. Zakupu jednak nie żałuję, głównie ze względu na kolor, jak napisałam wcześniej.
Jeśli komuś jak mnie, zależy na barwie, a przy okazji ma niesamowitą wprawę w noszeniu szminek albo lekkie zapędy masochistyczne może próbować, polecam jednak szukać fioletowego szczęścia gdzie indziej.